!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.0 Transitional//EN"> Monikorin's Place
Takarazuka Tribute

The One and Only W.


Guestbook
See
Write


Links

Stuff
Hellcity by night
Genji - (KWA - RPG)
Baidu mp3
Travel

Po sznurku...
Guárdate la poesía
Nowhere
"Jo.opardy"
Visien-mode
The Shin
Mirror
Shee

Others...
HKHell
Bayushi
Vintage Girl
FLFashion
Krasnoludka



"Ludzie zapomnieli o tej prawdzie. Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś."




INNE









Japonica Creativa

Archive

2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2007
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń







Powered by Blog.pl

Info:
Design by Hitlonne Arts
-
Content by momisia

statystyka

W czerni i bieli

Coś mi się ciężko w tym tygodniu pozbierać do kupy. Pewnie przez przyszło tygodniową operację, która wyłączy mnie z życia na jakieś 2 tygodnie. Niniejszym nic mi się rąk nie klei, do głowy nie wchodzi, praca nie posuwa się na przód, konferencje odpadają i tylko czas się kurczy.

No i środki na koncie.

Bo jak każda prawdziwa kobieta „robię sobie dobrze” gdy mi źle. Ergo ostatnie kilka tygodni to czas wzmożonych zakupów. Najpierw Voigtlander Bessa 66 z 1938 i stary album o fotografii kobiet zakupione wspólnie z mężem, a potem szaleństwo vintage’owych zakupów, które niewinnie zaczęły się od kolekcji „Vintage Stories” Kappahl i tego oto toczka (zakupionego mi z resztą przez W.):

(photo by: Amiramo)

Potem odkryłam magiczny świat sklepu „Kristin” w Poznaniu, gdzie mój kolejny toczek czeka aż się po niego zjawię w sobotę. Skusiłam się też w końcu na jedno z cudeniek z Emerald's Hats, choć zdaje się, że mają jakieś problemy ze ściągnięciem należności z mojej wirtualnej karty płatniczej. Jednym słowem: dbam o siebie. W dość konkretny sposób ;). Na koniec zostaje mi juz tylko zaopatrzenie się w „bukowskiego” misia szpitalnego (w końcu każdy pretekst jest dobry).

Niestety moja szklana psychika wymaga ostatnio noszenia na aksamitnej poduszce. Wszystko na około zaś stara się usilnie roztrzaskać ją o beton.

Polskie kina plakaty o premierze „Fame” wywieszają na 3-4 dni przed (-_-‘). Osobie, która czeka na ten film niemal od roku działa to lekko na nerwy.

Teatralna posucha ratowana DVD z Japonii napawa jedynie pesymizmem, bo czym się tu cieszyć? Tym, że Polska ma dokładnie 1 musical na 2 lata, na który warto się pofatygować? Uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, iż przyszłorocznym jest kolejna inscenizacja „Les Miserables” (na którą na szczęście już dość długo czekałam, więc de facto mnie cieszy). Przez ostatnie dwa lata królował średnio udany Romowski „Phantom”. Gdynia obumarła, Poznań zamarzł – jak nic czas wynieść się do Londynu albo do NY.

Kariera naukowa też nie powala. Promotor nie pamięta, że istnieję, sekretariat podsuwa religijne tłumaczenia (ateiście -_-‘ how sick is that?!), a zajęcia o „wa” i „ga” nie pomagają (głównie widok zrezygnowanych i załamanych studenckich twarzy wygiętych w gorzkim grymasie nad kolejnym przykładem zdania, którego nie udało się rozwiązać poprawnie). Cóż, sensei wa tsurai yo (w wolnym tłumaczeniu: Ciężkie jest życie nauczyciela).

Ostatni wesoły akcent szaro-piątkowy to skrzynka mailowa, której archiwum działa lepiej niż sole trzeźwiące. Z drugiej strony nie mam zamiaru go czyścić, bo jest jedną z tych niewielu rzeczy, które przypominają mi o trafności stwierdzenia Waldemara Łysiaka: „Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam”.


by momisia | 2009-11-13 15:39:36 | skomentuj! (1)


In medias res

Stan mojego dziwactwa jeszcze do niedawna pozostawał w sferze implicite. Dziś jednak wyraził się cokolwiek explicite w formie pewnego zakupu za Za-Dużo-Złotych oraz odebranej przesyłki. Eo ipso można mnie oficjalnie uznać za osobę tymczasowo niepoczytalną. Au contraire, może po prostu potrzebowałam sobie zrobić dobrze, gdy dowiedziałam się co mnie czeka w najbliższym czasie... A wiadomo, iż smutki najłatwiej leczy się fanaberiami. Tak owoż, volens nolens, skończyłam dzisiejsze wczesne popołudnie w sklepie z kapeluszami „Kristin” (ślubne, wieczorowe, wyjściowe, fashion etc.), gdzie ostatecznie zostawiłam XXXzł na toczek z woalką, który zostanie do 10 listopada zrobiony dla mnie na zamówienie. Drugi toczek odebrałam właśnie od sąsiadki spod 4ki (która de facto stała się ostatnio moim osobistym powiernikiem przesyłek). Ten że egzemplaż jest prezentem od W. i właśnie radośnie spoczywa na mojej głowie. Pasuje absolutnie fantastycznie. Wykonany zaiste lege artis, na upiętych włosach prezentuje się niebywale stylowo. Równie wyśmienicie wpasowuje się w resztę mojej vintage kolekcji. Teraz pozostaje mi jedynie rozrysowanie projektów dla krawcowej.

O ile znajdę na to czas.

Z czasem u mnie coraz gorzej. Coraz bardziej nie tyle przecieka mi on przez palce, ile kurczy się gdzieś pod bezwzględnym naporem nowych zadań i wyzwań. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, iż ciężko będzie w to wszystko wpleść konferencję w GB czy JP, a tu dziś musiałam znaleźć czas na wyznaczenie terminu pierwszej operacji. Właśnie teraz, gdy tak bardzo chcę uczyć się jeszcze więcej, nadrobić chiński, pisać teksty na konferencje, czytać ksiązki o teatrze, fotografować, stylizować..! Właśnie teraz mam wziąć pod uwagę wyrwanie sobie z życia 2-3 tygodni. Ktoś ma naprawdę żałosne poczucie humoru. Łatwo się domyślić, że mam ochotę machnąć na to ręką i rzucić się w wir snobistyczno-naukowego szaleństwa.

Tymczasem jednak dostałam załamania emocjonalnego po pierwszym wykładzie dla doktorantów, który utwierdził mnie w przekonaniu, że bez ściemniania to żadnego doktoratu nie będzie. Ba, nie będzie nawet egzaminu. Zdaje się, że w/w wykład najlepiej podsumował kolega sinolog-doktorant: 1,5h powtarzanych sekwencji o czymś co można by podać w 15min. Papka. Huh... A brzmiało tak interesująco (spośród jakże nieinteresujących opcji). Jeżeli komuś wydawało się, iż bycie doktorantem jest łatwe – mylił się. A ja aż się boję myśleć co trzeba zrobić i ile wody przelać by zostać ostatecznie doktorem. Nic to, będziemy płynąć pod prąd jak długo się da i zrobimy z siebie ludzi. Zaczniemy od aplikacji na 2 konferencje. Yup, postanowione.

Na razie zaś nie pozostaje mi nic innego jak siedzieć w naszej biblioteczce i przy blacie, którego nie ma i dziobać CV, plany badawcze i inne podania. Na szczęście udało nam się z W. stworzyć biblioteczkę marzeń. Nie tylko pod względem wystroju ale magii, jaką w sobie posiada. Każda godzina spędzona tutaj umyka zwinnie ale nie wyda się stracona. Powietrze pachnie twórczością a dobór oświetlenia budzi kreatywną duszę. Pokój znacznie się powiększył i ocieplił od kiedy jego kolorystyka i umeblowanie zostały zmienione. Jedyne co łączy go z poprzednim wcieleniem to albumy z fotografiami, które skrywają się na dolnych półkach narożnika... Vis maior sprawia, że człowiek do nich czasem zagląda. Rzadko, ale jednak. Za każdym jednak razem odkrywa to samo: zakurzone wspomnienia, ludzi, których już nie ma, ludzi, których nie zna, ani jak się okazało nie znał nigdy, rozproszone złudzenia, uchwycone nadzieje. No, i refleksję, że analogiem robiłam o niebo lepsze zdjęcia niż Vincentem, mimo, że teraz teoretycznie wiem co robię ;).

Huh, i tak oto zamiast napisać xiezuo (wypracowanie) z chińskiego napisałam notke. Yup, jak nic moja naukowa przyszłość połyskuje w ciemności jak psie jajca -_-‘.


by momisia | 2009-10-30 21:46:12 | skomentuj! (5)



When is my wedding
...or not ;P? You never know :D.




***
“Let me tell you something you already know.
The world ain't all sunshine and rainbows.
It's a very mean and nasty place,
and I don't care how tough you are,
it will beat you to your knees
and keep you there if you let it.
You, me or nobody is gonna hit as hard as life.
But it ain't about how hard you hit.
It's about how hard you can get hit
and keep moving forward.
How much you can take and keep moving forward.
That's how winning is done!”
***