!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.0 Transitional//EN">
Links
StuffArchive
2009
Coś mi się ciężko
w tym tygodniu pozbierać do kupy. Pewnie przez przyszło tygodniową operację,
która wyłączy mnie z życia na jakieś 2 tygodnie. Niniejszym nic mi się rąk nie
klei, do głowy nie wchodzi, praca nie posuwa się na przód, konferencje odpadają
i tylko czas się kurczy.
No i środki na
koncie.
Bo jak każda prawdziwa kobieta „robię sobie dobrze” gdy mi źle. Ergo ostatnie kilka tygodni to czas wzmożonych zakupów. Najpierw Voigtlander Bessa 66 z 1938 i stary album o fotografii kobiet zakupione wspólnie z mężem, a potem szaleństwo vintage’owych zakupów, które niewinnie zaczęły się od kolekcji „Vintage Stories” Kappahl i tego oto toczka (zakupionego mi z resztą przez W.):
(photo by: Amiramo)
Potem odkryłam magiczny świat sklepu „Kristin” w Poznaniu, gdzie mój kolejny toczek czeka aż się po niego zjawię w sobotę. Skusiłam się też w końcu na jedno z cudeniek z Emerald's Hats, choć zdaje się, że mają jakieś problemy ze ściągnięciem należności z mojej wirtualnej karty płatniczej. Jednym słowem: dbam o siebie. W dość konkretny sposób ;). Na koniec zostaje mi juz tylko zaopatrzenie się w „bukowskiego” misia szpitalnego (w końcu każdy pretekst jest dobry).
Niestety moja
szklana psychika wymaga ostatnio noszenia na aksamitnej poduszce. Wszystko na
około zaś stara się usilnie roztrzaskać ją o beton.
Polskie kina
plakaty o premierze „Fame” wywieszają na 3-4 dni przed (-_-‘). Osobie, która
czeka na ten film niemal od roku działa to lekko na nerwy.
Teatralna posucha
ratowana DVD z Japonii napawa jedynie pesymizmem, bo czym się tu cieszyć? Tym,
że Polska ma dokładnie 1 musical na 2 lata, na który warto się pofatygować?
Uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, iż przyszłorocznym jest kolejna inscenizacja „Les
Miserables” (na którą na szczęście już dość długo czekałam, więc de facto mnie
cieszy). Przez ostatnie dwa lata królował średnio udany Romowski „Phantom”. Gdynia
obumarła, Poznań zamarzł – jak nic czas wynieść się do Londynu albo do NY.
Kariera naukowa
też nie powala. Promotor nie pamięta, że istnieję, sekretariat podsuwa
religijne tłumaczenia (ateiście -_-‘ how sick is that?!), a zajęcia o „wa” i „ga”
nie pomagają (głównie widok zrezygnowanych i załamanych studenckich twarzy wygiętych
w gorzkim grymasie nad kolejnym przykładem zdania, którego nie udało się
rozwiązać poprawnie). Cóż, sensei wa tsurai yo (w wolnym tłumaczeniu: Ciężkie
jest życie nauczyciela).
Stan mojego dziwactwa jeszcze do niedawna pozostawał w sferze implicite. Dziś jednak wyraził się cokolwiek explicite w formie pewnego zakupu za Za-Dużo-Złotych oraz odebranej przesyłki. Eo ipso można mnie oficjalnie uznać za osobę tymczasowo niepoczytalną. Au contraire, może po prostu potrzebowałam sobie zrobić dobrze, gdy dowiedziałam się co mnie czeka w najbliższym czasie... A wiadomo, iż smutki najłatwiej leczy się fanaberiami. Tak owoż, volens nolens, skończyłam dzisiejsze wczesne popołudnie w sklepie z kapeluszami „Kristin” (ślubne, wieczorowe, wyjściowe, fashion etc.), gdzie ostatecznie zostawiłam XXXzł na toczek z woalką, który zostanie do 10 listopada zrobiony dla mnie na zamówienie. Drugi toczek odebrałam właśnie od sąsiadki spod 4ki (która de facto stała się ostatnio moim osobistym powiernikiem przesyłek). Ten że egzemplaż jest prezentem od W. i właśnie radośnie spoczywa na mojej głowie. Pasuje absolutnie fantastycznie. Wykonany zaiste lege artis, na upiętych włosach prezentuje się niebywale stylowo. Równie wyśmienicie wpasowuje się w resztę mojej vintage kolekcji. Teraz pozostaje mi jedynie rozrysowanie projektów dla krawcowej.
O ile znajdę na to czas.
Z czasem u mnie coraz gorzej. Coraz bardziej nie tyle przecieka mi on przez palce, ile kurczy się gdzieś pod bezwzględnym naporem nowych zadań i wyzwań. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, iż ciężko będzie w to wszystko wpleść konferencję w GB czy JP, a tu dziś musiałam znaleźć czas na wyznaczenie terminu pierwszej operacji. Właśnie teraz, gdy tak bardzo chcę uczyć się jeszcze więcej, nadrobić chiński, pisać teksty na konferencje, czytać ksiązki o teatrze, fotografować, stylizować..! Właśnie teraz mam wziąć pod uwagę wyrwanie sobie z życia 2-3 tygodni. Ktoś ma naprawdę żałosne poczucie humoru. Łatwo się domyślić, że mam ochotę machnąć na to ręką i rzucić się w wir snobistyczno-naukowego szaleństwa.
Tymczasem jednak dostałam załamania emocjonalnego po pierwszym wykładzie dla doktorantów, który utwierdził mnie w przekonaniu, że bez ściemniania to żadnego doktoratu nie będzie. Ba, nie będzie nawet egzaminu. Zdaje się, że w/w wykład najlepiej podsumował kolega sinolog-doktorant: 1,5h powtarzanych sekwencji o czymś co można by podać w 15min. Papka. Huh... A brzmiało tak interesująco (spośród jakże nieinteresujących opcji). Jeżeli komuś wydawało się, iż bycie doktorantem jest łatwe – mylił się. A ja aż się boję myśleć co trzeba zrobić i ile wody przelać by zostać ostatecznie doktorem. Nic to, będziemy płynąć pod prąd jak długo się da i zrobimy z siebie ludzi. Zaczniemy od aplikacji na 2 konferencje. Yup, postanowione.
Na razie zaś nie pozostaje mi nic innego jak siedzieć w naszej biblioteczce i przy blacie, którego nie ma i dziobać CV, plany badawcze i inne podania. Na szczęście udało nam się z W. stworzyć biblioteczkę marzeń. Nie tylko pod względem wystroju ale magii, jaką w sobie posiada. Każda godzina spędzona tutaj umyka zwinnie ale nie wyda się stracona. Powietrze pachnie twórczością a dobór oświetlenia budzi kreatywną duszę. Pokój znacznie się powiększył i ocieplił od kiedy jego kolorystyka i umeblowanie zostały zmienione. Jedyne co łączy go z poprzednim wcieleniem to albumy z fotografiami, które skrywają się na dolnych półkach narożnika... Vis maior sprawia, że człowiek do nich czasem zagląda. Rzadko, ale jednak. Za każdym jednak razem odkrywa to samo: zakurzone wspomnienia, ludzi, których już nie ma, ludzi, których nie zna, ani jak się okazało nie znał nigdy, rozproszone złudzenia, uchwycone nadzieje. No, i refleksję, że analogiem robiłam o niebo lepsze zdjęcia niż Vincentem, mimo, że teraz teoretycznie wiem co robię ;).
Huh, i tak oto zamiast napisać xiezuo (wypracowanie) z chińskiego napisałam notke. Yup, jak nic moja naukowa przyszłość połyskuje w ciemności jak psie jajca -_-‘.
